=======================================

wtorek, 2 października 2012

Halo, tu Ziemia!

Coraz bardziej irytuje mnie niezliczona liczba komentarzy i analiz w związku z naszym 'nowym premierem', profesorem Glińskim. Nie dlatego, że mam coś przeciwko niemu (zapewne jest miłym człowiekiem), tylko dlatego, że dzięki tym komentarzom coraz bardziej odrywamy się od rzeczywistości i pogrążamy w Matrixie...
Jak tu wrócić na Ziemię?

Proponuję proste ćwiczenie.
Bierzemy kartkę A4, dzielimy ją pionowo na pół.
Nad lewą kolumną piszemy: ‘Być może’, nad prawą - ‘Na pewno’.

I wpisujemy w każdą z tych kolumn korzyści i cele, które PiS osiągnie dzięki desygnowaniu profesora na premiera RP.

To zaczynamy.

Być może:
- ociepli swój wizerunek
- zyska twarz partii merytorycznej i przygotowanej do rządzenia
- doprowadzi do przedterminowych wyborów
- wygra wybory
- będzie rządził długo i szczęśliwie
- Polska wyprzedzi gospodarczo największe potęgi świata

Na pewno:
- spełni formalny wymóg by móc złożyć wotum nieufności wobec rządu (musi być konstruktywne, a więc z propozycja następcy na fotelu premiera)
- zapewni sobie cały dzień (a może i dwa dni) transmisji telewizyjnej bezpardonowego walenia w rząd i Tuska, uzasadniając to wotum.


Jest jeszcze jedna pewna korzyść (tzw. wartość dodana): do tego czasu (a nikt nie wie, kiedy to ma być, więc może to być długo) na okrągło będzie się o PiS mówiło i analizowało to, co pan profesor powiedział (a co częściowo być może Kaczyński mu napisał, używając swoich ulubionych zwrotów jak 'bizantyjski przepych', 'pospolici złodzieje' czy ‘kapitulacja’).

Może przyjdzie Wam do głowy coś jeszcze, proszę się nie krępować.

Gotowe?

No to teraz skreślamy lewą kolumnę – to co być może nam się wydaje, że się stanie, ale nie możemy tego być pewni. Skreślamy, bo tego – póki co – NIE MA. To fantazmaty, pobożne życzenia, projekcje, spekulacje. To nie istnieje naprawdę. To właśnie Matrix.

RZECZYWISTOŚĆ to tylko to, co dziś pewne – czyli kolumna prawa.

I to jest odpowiedź na pytanie, po co PiS się tak ‘wygłupia’. Raz, by osiągnąć cele realne (kolumna prawa), dwa, by zmącić wodę (kolumna lewa). W mętnej wodzie, jak wiadomo, ryby lepiej biorą.

Proponuję zatem: Polsko, obudź się i wróć do RZECZYWISTOŚCI, bo masz w niej naprawdę wiele realnych problemów do rozwiązania. Życie w Matrixie to rozwiązywanie UNIEMOŻLIWIA. Powyższe ćwiczenie pomoże Ci zrobić pierwszy krok w stronę Ziemi. Może się wtedy spotkamy.

piątek, 19 marca 2010

Jaki seks? To tylko palcówka!

"Najczęstszą formą nadużyć seksualnych wobec dzieci jest doprowadzanie ich 'do innych czynności seksualnych'. I najczęściej ojcowie, z wyrokami w zawieszeniu, dalej mieszkają z nimi pod jednym dachem. Wczoraj byłam na przesłuchaniu matki, która broniła ojca mówiąc, że to tylko 'palcówki' i że on jest dobry dla córek" - relacja Hanny Bakuły, z Fundacji 'Dzieci Niczyje', dyskusja na Facebook'u wokół ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie



POSTSCRIPTUM:

Rodzina.
Mama, tata i dwie córeczki.
Rodzina jak każda.
Rano mama szykuje kanapki, a tata odwozi dziewczynki do szkoły.
Po południu jedzą wspólnie obiad.
Potem tata czyta gazetę, dzieci robią lekcje, mama krząta się po kuchni.
W końcu kolacja, kąpiel, czasem wieczorny film.
Ot, normalne, zwykle życie.
Tylko czasami...

Zamykam oczy.
Próbuję wyobrazić sobie, że ktoś robi 'to' mojemu dziecku.
I już jednego tylko chcę.
Chcę zabić.
Ale nie wolno zabijać nikogo, nawet potwora.
Potrzebuję państwa, które potwora zabierze i zamknie tak, aby już nie krzywdził mojego dziecka.
Potrzebuję państwa, które mnie przed zabójstwem uchroni.

*********

Tak, z potworem sprawa jest prosta.
Ale...
Jest jeszcze żona potwora.
Mama dwóch małych dziewczynek.
Jej nie przeszkadza, że palce, które jej dotykają, jeszcze kilka minut wcześniej tkwiły w pochwach jej kilkuletnich córek.
Może - jak zabraknie potwora - będzie dobrą mamą?
Czy będą przy niej bezpieczne?
A jeśli znów w życiu rodziny zdarzy się coś, co nie będzie jej przeszkadzało?
Jeśli znów czegoś nie zauważy?
Jakiegoś kolejnego "tylko", które na zawsze zamieni życie dwóch dziewczynek w piekło?

*****

Tyle pytań...
Może lepiej nie zauważać.
Może lepiej zostawić tak, jak jest.
To przecież rodzina.
Wartość najwyższa.

środa, 17 marca 2010

Czy ustawa zabierze nam dzieci?



Na wielu forach i blogach trwa na ten temat dyskusja, nieraz rzeczowa - jak np. na forum Duża Rodzina czasami z lekka histeryczna, wskazująca na niezrozumienie bądź nieznajomość tematu. Psychoza wywoływana jest często przez nieprawdziwe, pełne manipulacji informacje, także prasowe, o dramatycznych tytułach typu "Państwo odbiera nam dzieci!!!".
Roztaczane są orwellowskie wizje wszechogarniającej inwigilacji, w myśl której w każdym domu będzie podsłuch i kamera, a oszalałe z rozpaczy matki będą boso biegać za stodołę, tuląc w objęciach dziecko - aby uciec przed goniącym je, rozszalałym z nienawiści pracownikiem socjalnym, który to dziecko chce im zabrać. Wizja przerażająca i... absurdalna.
Skąd się bierze?
Być może niejasny jest zakres i sens proponowanych zmian w dotychczasowej ustawie oraz powody, dla których te zmiany są proponowane. Więc wszystkim tym, którzy chcą wiedzieć, co naprawdę zawierają poprawki do ustawy, załączam poniższe materiały:

Poprawki do ustawy wniosą
(przytaczam fragment listu 78 organizacji społecznych i instytucji pomagających na co dzień ofiarom przemocy domowej, za Fundacją Dzieci Niczyje):

"• zakaz zbliżania sprawcy do ofiar już na etapie bezpośredniej interwencji policji po stwierdzeniu zaistnienia aktów przemocy;

nakaz opuszczenia przez sprawcę wspólnie zajmowanego lokalu, tak aby ofiara (w ponad 80% przypadków mająca pod opieką dzieci i osoby starsze czy niepełnosprawne) mogła pozostać w miejscu dotychczasowego zamieszkania, a nie musiała uciekać do schroniska dla ofiar, często bardzo odległego od jej miejsca pracy, szkół i przedszkoli dzieci;

zapis regulujący współpracę przedstawicieli różnych służb i instytucji w szczególnie trudnych przypadkach przemocy w rodzinie. Wiele ofiar przemocy musi wielokrotnie powtarzać opis swoich dramatycznych przeżyć w kolejnych instytucjach – na policji, w prokuraturze, sądzie, OPS-ie, poradni psychologicznej, placówce służby zdrowia itd. Zapis umożliwiający współpracę grup interdyscyplinarnych zdejmie z osoby pokrzywdzonej konieczność koordynowania proponowanych przez różne instytucje planów pomocy;

• jasno i bezpośrednio sformułowany zapis zakazujący przemocy wobec dzieci - i choć nie rodzi on skutków karnych to jest wyraźnym sygnałem, że przemoc wobec dzieci ze strony dorosłych nie jest akceptowana w Polsce;

bezpłatną obdukcję lekarską, co bardzo wzmocni dowody niezbędne w procesach sądowych. Dziś odpłatność tego świadczenia często stanowi barierę na drodze osób pokrzywdzonych do dochodzenia swoich praw i wychodzenia z przemocy;

• wreszcie obowiązek uchwalania i realizowania programów przeciwdziałania przemocy i ochrony ofiar przemocy w środowiskach lokalnych czyli tych najbliższych społeczeństwu."

Szczegółowo i bardzo merytorycznie o ustawie traktuje tekst Ewy Winnickiej w Polityce pt. "Komu można zabrać dziecko?".

Tu zaś bardzo ciekawy tekst w Tygodniku Powszechnym, pokazujący przemoc domową nieco odmiennie od stereotypu: "Pamiętaj, że nic nie znaczysz"

oraz tekst z Rzeczpospolitej Dariusza Rosiaka pt. "Bicie dzieci, bicie piany".

niedziela, 14 marca 2010

Dobra kobieta to martwa kobieta


"„Jak mogłaś mu to zrobić?”, „Czemu mścisz się na niewinnym człowieku?”, „Zawsze wiedziałem, że jesteś niezrównoważona, ale takiego zacietrzewienia się po tobie nie spodziewałem”, „Życie cię rozliczy, zła kobieto”, „Jesteś potworem, nie umiem tego inaczej nazwać”, „może kiedyś się opamiętasz i zobaczysz, ile krzywdy wyrządziłaś”, „idź na terapię, bo jesteś chora z nienawiści” – pisze do Marty jej były chłopak. Piszą tak również Tomka koledzy. Koleżanki także nie stygną w zapale smsowym i mailowym.

Co takiego strasznego zrobiła Marta? Odeszła od Tomka. Ich związek trwał 4 lata. Mają 3-letnią córkę.

Na pierwszy rzut oka byli cudowną parą. Młodzi, wykształceni, piękni, z „alternatywnego” środowiska, gdzie prawa człowieka są tyleż ważne, co oczywiste, a Manifa to coroczny obowiązek i towarzyska przyjemność, bo co krok spotykali na niej znajomych. Kiedy Marta zaszła w zaplanowaną ciążę, Tomek był taki troskliwy. Dzwonił co chwila, podwoził ją samochodem do pracy, wszystkim opowiadał, rozanielony, jak przygotowuje się do roli taty. Zamieszkali w M4 w centrum Warszawy. Tomek dużo zarabiał, Marta pracowała w fundacji ekologicznej. Często odwiedzali ich przyjaciele. Głównie Tomka.

Bo Tomek niechętnie widywał przyjaciół Marty. Marcie na ich temat opowiadał złe rzeczy. Mówił, że zadaje się z głupszymi od siebie, że po co Marcie inni ludzie, skoro ma jego, że Elka jest interesowna, a Tymek tak naprawdę ją podrywa. Zrażał ich do siebie, więc coraz rzadziej przychodzili, coraz częściej czuli się źle widziani.

Te Tomka podwózki, przyjeżdżanie po Martę znienacka pod uczelnię, częste telefony miały na celu kontrolę, bo Tomek – sądząc po sobie – bał się, że Marta go zdradza. Obsesję swoją uważał za racjonalne podejrzenia, te zaś za wystarczający powód, by grzebać w Marty komórce, czytać jej maile, rozpytywać w jej pracy. Kiedy coś się Tomkowi w zachowaniu Marty nie podobało - np. że poszła na imprezę bez niego, zdecydowała się studiować drugi kierunek, nie używała perfum, które jej kupił na urodziny – wypraszał ją. Wyrzucał z domu. Bo mieszkanie było kupione przez jego rodziców, zapisane na jego nazwisko. Mówił Marcie, że bez niego sobie nie poradzi. Gdy protestowała, nazywał ją „żałosną dziewczynką”. Gdy kłótnie eskalowały, Tomek, w zależności od nastroju, groził samobójstwem, rzucał w Martę butami, powtarzał, że po ciąży zrobiła się brzydka i gruba albo brał na ręce córkę i ze słodkim uśmiechem mówił jej: „tato nie pozwoli, żeby takie ścierwo jak twoja mamusia się tobą zajmowało”.

Sam zajmował się córką jedynie na oczach gości. Wtedy był wzorowym tatusiem. Tatusiem jak z podręcznika, jak z książki o partnerskim związku, jak z bajki po prostu. Opowiadał o jej kupkach i siuśkach z oczami zamglonymi miłością, głaskał Martę po głowie rozmodlony do swojej gromadki, w dobrze dobranych momentach deklarował przyjaciołom: „one są najlepszym, co mi się w życiu przytrafiło”. O tym, że Tomek wstaje około południa, nie lubi dziecka przewinąć, nie potrafi położyć spać i nie wie, na co córka jest uczulona, goście nie wiedzieli. Nie wiedzieli także, że gdy Tomek jest w paskudnym nastroju, a mała marudzi, mówi Marcie: „To twoje dziecko, więc się nim zajmij. Ja go nie chciałem”." - to fragment ciekawego tekstu Anny Zawadzkiej, którego lekturę polecam.
zdjęcie pochodzi ze strony adbuzeedo

wtorek, 9 marca 2010

"Równość" - trudne słowo

Gdy mężczyzna mówi "żądam" - postrzegany jest jako stanowczy.
Gdy kobieta mówi "żądam" - postrzegana jest jako agresywna.
Ciekawe dlaczego?



"Równość płci od przedszkola
Szwedzcy pedagodzy myśleli, że wychowują dziewczynki i chłopców w identyczny sposób. Zewnętrzne badanie udowodniło im, że w znacznym stopniu kierowały nimi stereotypy na temat płci.

Ze śmiechem ślizgają się ze zjeżdżalni, z werwą skaczą po ławkach, z zapałem jeżdżą zostawionymi do ich dyspozycji autkami. Tak Emma, Ida i Alice, które niedawno świętowały swoje trzecie urodziny, bawią się w czasie "zajęć bez chłopców". Pomysł ten przedszkole w Järfälla na przedmieściach Sztokholmu wprowadziło w życie w 2005 roku. Raz w tygodniu dziewczynki z tej pilotażowej w kwestii równości płci placówki przez cały ranek uprawiają gry ruchowe wyłącznie w swoim gronie.

To (niewielkie) odejście od zasady koedukacji zostało wprowadzone właśnie w imię równości. – Gdy dzieci razem uprawiają gimnastykę, chłopcy wszystko monopolizują – mówi Ingrid Stenman, jedna z osób prowadzących przedszkole. – Zagarniają gry, zajmują całą przestrzeń. Dziewczynki wycofują się, gromadzą w kąciku. Ale kiedy tylko zostają same, nabierają pewności siebie. Bawią się swobodniej, odkrywają, jak to przyjemnie zjeżdżać, skakać i biegać!

Od 2005 roku 24 wychowawców i wychowawczyń z tego szwedzkiego przedszkola, przyjmującego setkę dzieci od pierwszego do piątego roku życia, próbuje zmienić także własne zachowanie. – Nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy, ale wcześniej zachęcaliśmy chłopców do podejmowania ryzyka, skakania, zabawy, podczas gdy dziewczynkom ciągle powtarzaliśmy, żeby uważały – ciągnie Ingrid Stenman. – Cały czas ich pilnowaliśmy, jakby zaraz miały się przewrócić, bez przerwy chcieliśmy im pomagać, jak gdyby same nie mogły sobie poradzić. Choć tego nie chcieliśmy, odbieraliśmy im całą frajdę z zabawy.

Jeszcze kilka lat temu Stenman uśmiałaby się na wieść, że w jej przedszkolu inaczej podchodzi się do chłopców, a inaczej do dziewczynek. Ale w 2004 roku w ramach rządowego programu na rzecz równości płci pojawiła się w Järfälla badaczka specjalizująca się w problemach dotyczących gender (płci społecznej). Przez kilka miesięcy rejestrowała kamerą zajęcia, obserwowała poranne przybycie dzieci, towarzyszyła im w południowym posiłku. Wnioski, jakie wyciągnęła, zdumiały wychowawców: okazało się, że bezwiednie traktowali dziewczynki i chłopców w zupełnie różny sposób.

Tym ostatnim poświęcali dużo więcej uwagi – to oni zajmowali średnio dwie trzecie czasu przeznaczonego na dziecięce wypowiedzi. Podczas rozmów z przedszkolakami wychowawcy akceptowali fakt, że chłopcy przerywają swoim koleżankom, za to one miały grzecznie czekać na swoją kolej. Poza tym sami zwracali się do dzieci na dwa sposoby: do chłopców kierowali krótkie, rozkazujące zdania, dziewczynkom wyjaśniali każdą rzecz dłużej i precyzyjniej.

W czasie posiłków różnice stawały się wręcz karykaturalne. Na nakręconym w 2004 roku filmie widzimy trzy-, czteroletnie dziewczynki podające grzecznie szklanki z mlekiem i talerze z ziemniakami swoim niecierpliwym kolegom. Ten podział ról narzucili niechcący wychowawcy. – Nie uświadamialiśmy sobie – uśmiecha się Barbro Hagström, jedna z wychowawczyń – że tylko dziewczynki prosiliśmy, by pomagały nosić i podawać dania. Nigdy nie zwracaliśmy się z tym do chłopców.

Szwecja to kraj, gdzie dyskryminacja nie jest powodem do żartów. Wyniki badania wpędziły personel przedszkola w duże zakłopotanie. – Odkryliśmy, że w naszych oczekiwaniach wobec dzieci kierujemy się stereotypami – mówi pani Hagström. – Po dziewczynkach oczekiwaliśmy, że będą spokojne, grzeczne i usłużne. Za normalne uważaliśmy, że chłopcy robią hałas, że głośno i zdecydowanie wyrażają swoje żądania. Wywołało to wielką dyskusję w przedszkolu, a także w mojej rodzinie – sama mam trzech synów.

W 2004 roku szwedzki rząd, który przeznaczył prawie 500 tysięcy euro na promocję równości płci w szkołach, przydzielił 7 525 euro przedszkolu w Järfälla. Ingrid Stenman skończyła roczne wieczorowe zajęcia na uniwersytecie z tematyki gender. Dzięki temu zrozumiała, że wychowawcy z Järfälla zachowują się tak samo jak większość dorosłych. – Zarówno w szkołach, jak i w domach stereotypy pozostają bardzo głęboko zakorzenione, choć rodzice i wychowawcy nie zdają sobie z tego sprawy – podsumowuje prof. Lars Jalmert z uniwersytetu w Sztokholmie.

Po przeanalizowaniu problemu wychowawcy z przedszkola w Järfälla postanowili wprowadzić raz w tygodniu półtoragodzinne zajęcia w grupach niemieszanych. Ich zdaniem ten czas pozwala dzieciom spokojnie oddawać się zabawom przypisanym tradycyjnie przeciwnej płci. Dziewczynki jeżdżą samochodzikami i skaczą po ławkach, a chłopcy im w tym nie przeszkadzają. Zgromadzeni w innej sali, bawią się plastikowymi naczyniami, pluszakami i lalkami, nie bojąc się, że dziewczynki odbiorą im to miejsce lub będą ich pouczały o tajnikach zabawy w dom. Niekiedy dzieci są też rozdzielane w czasie jedzenia. By uniknąć sytuacji, że dziewczynki usługują chłopcom, niektóre posiłki odbywają się przy oddzielnych stołach.

Badanie z 2004 roku uczuliło wychowawców na zwykłe, codzienne zachowania. – Ta praca otworzyła nam oczy – stwierdza Ingrid Stenman. – Dzisiaj próbujemy przesuwać granice. Chłopiec, który chce brać udział w "dziewczyńskich" zabawach nie może przez to poczuć się słaby czy ośmieszony, zaś pewna siebie dziewczynka, która śmiało zabiera głos, musi rozumieć, że my to pochwalamy. W tej grze każdy wygrywa, otwierają się nowe horyzonty zarówno dla dziewcząt, jak i dla chłopców. Jeśli zechcą, mają możliwość wyjścia z tradycyjnych schematów.

Wprowadzony przez władze w 2004 roku program równości płci objął 28 przedszkoli dla dzieci od pierwszego do piątego roku życia. – Agresja, brak dyscypliny wśród uczniów związane są w wielu przypadkach z nierównością płci i brakiem szacunku dla ludzi, którzy są inni – twierdzi pani Nyamko Sabuni, minister ds. integracji i równouprawnienia w centroprawicowym rządzie. – Walka z dyskryminacją powinna zacząć się na jak najwcześniejszym etapie. Budżet w wysokości prawie 11 milionów euro pozwoli w najbliższych latach objąć programem również szkoły podstawowe."

Źródło: Anne Chemin, Le Monde
artykuł przytoczyłam za portalem "Bez uprzedzeń"

==========================================
Postscriptum
Jestem.
Przypadek zdecydował, że jestem kobietą - ot, jedna maleńka kijanka X, szybsza od miliona konkurentek.
Jestem kobietą i dobrze mi z tym.
Ale myślę sobie, że gdybym była mężczyzną, też pewnie było by mi dobrze.
Po prostu - dobrze mi z sobą.
I nie pozwalam, aby określało mnie to, że jestem czyjąś córką, siostrą, kochanką, żoną, matką.
Chcę, aby określało mnie jedynie to, że jestem człowiekiem.
Człowiekiem przez duże "C".
Ot, taki mój prywatny manifest :)

środa, 27 stycznia 2010

Pamięć i tęsknota

"Poszukuję wspomnień o Żydach, którzy zniknęli w Zagładzie, szukam rozmów, doświadczeń i pamiątek związanych z Żydami, szukam wiedzy na ten głęboki i bardzo tajemniczy temat. Myślę, że dla Polaka jest to jak eksplorowanie podświadomości, która stanowi źródło lęków, fobii, psychoz ale z drugiej strony wspaniałych snów. Jako Polak chciałbym uświadomić sobie, co drzemie w mojej niepamięci, odkryć obszar tego, co nazywam aktywnym zapominaniem, a co stanowiło świadomą polityczną i kulturową działalność." - to podstawowy fragment opisujący projekt Rafała Betlejewskiego, zatytułowanego "Tęsknię za Tobą Żydzie". Projekt ma trwać rok, zainicjowany został dziś, 27 stycznia, w Międzynarodowy Dzień Pamięci o Ofiarach Holocaustu.
Wszystko o projekcie na stronie tesknie.com

Obraz, który wybrałam, namalowała Wisna Lipszyc ("Album Żydowski", PWN 1993).
Nosi tytuł "Wycinanki na Szawuot" i jest z komentarzem objaśniającym: "Święto Tygodni obchodzone 7 tygodni po Pesach. Było to święto żniw, później stało się również dniem czczonym na pamiątkę nadania Tory na Synaju. W tym dniu odczytuje się Dziesięć Przykazań i Księgę Rut, zdobi się mieszkania gałązkami drzew. Ustaliła się także tradycja wykonywania wycinanek z bogactwem motywów, umieszczanych na szybach okien".
Wybrałam go, bo rozbudza moją wyobraźnię i opisuje w jakiś sposób moją osobistą tęsknotę. Tęsknotę do świata bogatego w kultury, dźwięki, zapachy, kolory, zwyczaje. Świata wspólnego, nie podzielonego.
Wybrałam go, bo pokazuje, jak wiele nas łączy i jak bardzo jesteśmy do siebie podobni, jak głębokie i istotne, jest to, co wspólne.
Wybrałam go, bo gdy widzę, jak wiele mi zabrano i jak dalece obojętność wobec tego, co zniszczono, sankcjonuje tę stratę i zamienia się w zgodę na nią - czuję dojmujący, głęboki, nieznośny ból.

piątek, 20 listopada 2009

Radosne 'Hail' w świetle jupiterów

Rok 1940. Mojego dziadka, podobnie jak wielu innych urzędników polskiego banku, zabierają do obozu. Mauthausen-Gusen. Mój tata ma wtedy 2 lata.

Rok 1942. Mam przed oczyma takie zdjęcie: wysoka, czarno ubrana kobieta, z odchyloną woalką, biała chusteczką przy zapłakanych oczach. Zastygła w bolesnej pozie nad świeżo wykopanym grobem. Obok mały chłopczyk w śmiesznej czapeczce i przydługim płaszczyku. Wielkie oczy utkwione w czarnym dole.

Moja babcia późno wyszła za mąż, niedługo cieszyła się wspólnym szczęściem. Przez resztę życia była sama. Łzy nosiła w oczach 40 lat - "Boże, jak on mnie kochał" często mówiła do mnie płacząc.

Mój dziadek zginął, bo ludzie pozdrawiający się podniesieniem ręki z okrzykiem 'Hail' uznali, że są lepsi od innych.


***

Rok 2009. Święto Niepodległości. Za zgodą władz nielegalna organizacja świętuje w centrum stolicy mojego kraju. Jej członkowie, którzy uważają, że są lepsi od innych, dziarsko maszerują ulicami miasta, wznosząc w górę ręce tym samym, śmiercionośnym gestem. Chroni ich policja. Aresztuje za to tych, którzy przeciwko temu 'Hail' w sercu Polski protestują.
Nieopodal prezydent mojego kraju dużo mówi w swoim świątecznym przemówieniu o tożsamości, narodowej pamięci, odwadze. O faszyzmie milczy.

Inni politycy i oficjele też milczą.

Prezydent stolicy mojego kraju nie milczy. Powie dzień później: "Każdy ma prawo demonstrować swoje poglądy".

A mnie wyrasta przed oczyma czarno odziana postać kobieca, zastygła w bolesnej pozie.
I mały chłopczyk w śmiesznej czapeczce i przydługim płaszczyku.
Miliony takich kobiet...
Miliony takich chłopczyków...

wtorek, 27 października 2009

Niech etyki uczą etycy !

List do minister edukacji narodowej Katarzyny Hall


Szanowna Pani Minister,

z niepokojem i rozczarowaniem przeczytaliśmy w prasie, iż pozwala Pani nauczać etyki osobom, które nie ukończyły studiów filozoficznych. W związku z tym pozwalamy sobie skierować do Pani następujące uwagi, które, naszym zdaniem, dobrze opisują nieetyczną sytuację wokół etyki w polskiej szkole.

1

Etyka jest dyscypliną filozofii istniejącą od dwóch i pół tysiąca lat i stale jest rozwijana. W ramach kursu filozofii studenci mają co najmniej 60-120 godzin zajęć z etyki w ciągu studiów, co daje im i tak bardzo skromne kompetencje do prowadzenia lekcji z tego przedmiotu. Osoba, która miała zajęcia po nazwą filozofia albo etyka, jest akurat tak przygotowana do nauczania etyki w szkole, jak osoba, która zdała lektorat z angielskiego na studiach, do prowadzenia lekcji angielskiego. Zezwalanie na to, aby nauczyciel polskiego lub historii uczył etyki, oznacza, że całkowicie lekceważy się ten przedmiot i samą dyscyplinę "etyka". W Polsce to notabene przekonanie nagminne, że na "etyce" znają się niemal wszyscy, bo każdy, kto jest w miarę przyzwoitym człowiekiem, ma jakieś kompetencje etyczne. A jeszcze jeśli do tego liznął takiego przedmiotu, to już musi być wystarczająco kompetentny, by go nauczać. Oznacza, iż lekcje etyki miałyby nie uczyć etyki (do czego nauczyciel historii jest tak samo przygotowany jak nauczyciel filozofii do nauczania historii), lecz co najwyżej umoralniać lub wychowywać uczniów. Otóż służą temu lekcje wychowawcze, a ponadto obywatele mają prawo do tego, aby ich dzieci nie ulegały długotrwałemu wpływowi moralnemu jednej, obcej im, niekompetentnej i przypadkowej osoby, która będzie być może przez lata przekazywała im swoje "poglądy moralne" w ramach lekcji etyki.

2

W Polsce kadra do nauczania etyki w szkole jest szczupła, jednak i ona nie jest wykorzystywana. Absolwenci podyplomowych studiów etycznych żalą się, że nie mogą znaleźć zatrudnienia, bo albo nie ma etatu, albo etyki uczy ktoś, kto nie miał pełnego pensum. Zatrudnianie w tym charakterze kogokolwiek innego oznacza ignorancję (nieświadomość, że etyka jest dyscypliną wiedzy) lub arogancję (przekonanie, że wszystko jedno, kto uczy etyki, byle był porządnym człowiekiem). Jednak nawet jeśli etyki uczyć będzie absolwent filozofii, to zupełnym absurdem jest poświęcanie na ten przedmiot więcej niż kilkudziesięciu godzin, skoro na samych studiach filozoficznych nie naucza się jej w większym wymiarze.

3

Przyczyną, dla której możemy spodziewać się, że lekcje etyki w szkole jeszcze długo będą prowadzone przez osoby niekompetentne, jest polityczna natura projektu nauczania etyki w szkole. Powody, dla których etyka wprowadzana jest stopniowo do szkół, są cztery. Po pierwsze, aby dostarczyć pozorów demokratyzmu przy wprowadzaniu do szkół lekcji religii. Po drugie, aby dzieci niechodzące na religię i mające w tych godzinach wolne straciły ów wolny czas, co być może zachęci niektóre z nich do chodzenia jednak na religię. Po trzecie, w nadziei, że w wielu przypadkach etyki nauczać będą księża, co pozwoli na prowadzenie indoktrynacji watykańskiej wśród dzieci niechodzących na religię. Po czwarte, po to aby lekcje religii awansowały ze statusu lekcji nieobowiązkowych do rangi przedmiotu fakultatywnego. Jak z tego wynika, lekcje etyki wchodzą do szkół (na żądanie biskupów) wyłącznie w interesie Watykanu.

4

Podstawa programowa do nauczania etyki jest całkowicie nieprofesjonalna i - o ile nam wiadomo - nie została zreformowana. Zapytany o to Pani zastępca odpowiedział następującymi słowy: "Wolimy zostawić tak, jak jest, bo jak to ruszymy, to oni [tj. Kościół] zaraz by się przyczepili". Apelujemy do Pani i do rządu, by w imię szacunku dla praw polskich obywateli oraz suwerenności polskiego państwa nie pozwalano instytucji podległej innemu, obcemu państwu kształtować polskiej szkoły, a zwłaszcza wywierać nieformalnego przymusu na morale i religijność naszych dzieci. Przypominamy, że w świetle konstytucji, z punktu widzenia prawa, religia katolicka jest tylko jednym ze światopoglądów i nie podlega żadnej ocenie - aprecjacji ani deprecjacji. Urzędnik, który traktuje to w inny sposób, zwłaszcza oportunistycznie, sprzeniewierza się konstytucji. Podstawa programowa z etyki powinna być zmieniona i muszą się w niej znaleźć postanowienia gwarantujące, że na lekcjach etyki nie będzie się przedstawiać religii katolickiej jako ostatecznie słusznego systemu etycznego, a także gwarantujące, że na lekcjach tych nie będzie się propagować dyskryminacji mniejszości seksualnych, osób o poglądach liberalnych czy ateistów. Obywatele muszą mieć gwarancję, że ich dzieci nie będą na lekcjach etyki demoralizowane - uczone nietolerancji, poczucia wyższości w stosunku do homoseksualistów albo ateistów itp.

5

Na koniec pragniemy zwrócić Pani uwagę, że wprawdzie ksiądz będący absolwentem studiów filozoficznych (lub etycznych - Kościół z pewnością zorganizuje stosowne kursy) może mieć formalne uprawnienia do prowadzenia lekcji etyki w szkole, to jednak nigdy nie będzie gwarantował bezstronności, co jest wymagane w nauczaniu tego przedmiotu. Jest bowiem prawnie (przez prawo kanonicznie) zobowiązany do nauczania o przewadze etyki katolickiej nad każdą inną, a więc do indoktrynacji. Obowiązek indoktrynowania i przyjęcie na siebie takiego obowiązku całkowicie dyskwalifikuje moralnie kandydata do prowadzenia lekcji etyki.

Apelujemy do Pani: proszę nie narażać rodziców i dzieci na sytuację, w której uciekając przed indoktrynacją katolicką na lekcjach religii, wpadną w jej sidła na lekcjach etyki! Proszę dać nam gwarancję, że nie będziemy epatowani "cywilizacją miłości" wbrew naszej woli, że "nauczyciel etyki" nie okaże się polonistą, historykiem lub kimkolwiek, kto za swoje zadanie jako nauczyciela etyki będzie uważał przekazywanie "nauczania" i konkludowanie każdej kwestii cytatem z "Ojca Świętego". To jest nasze wspólne - wierzących i niewierzących - konstytucyjne prawo.

Z wyrazami szacunku,

prof. dr hab. Jan Hartman (UJ), prof. dr hab. Jacek Hołówka (UW), dr hab. Magdalena Środa, prof. UW, prof. dr hab. Jan Woleński (UJ)
---------------------------------------------------------
Moje Postscriptum:

Wczoraj nauczycielka od religii wysłała inne dziecko z klasy, aby przyprowadziło do niej mojego syna (lat 10,5). I zaczęła wypytywać: "A dlaczego nie chodzisz na religię? A czy w poprzedniej szkole chodziłeś? Czy byłeś ochrzczony? A byłeś u komunii?".
Jakaś obca, za przeproszeniem, baba! No nie wytrzymam po prostu!

Postscriptum nr 2:
No i nie wytrzymałam - poszłam do pani wicedyrektor. Uprzejmie i z uśmiechem: najpierw opowiedziałam jak jestem wdzięczna, że moje dziecko przyjęła do szkoły choć spoza rejonu i jak bardzo cenię pomoc, którą mój syn tu uzyskał. Opowiedziałam, jak dobrze się tu czuje i jak się z tego cieszę. I jak bardzo nie chciałabym, aby coś to zepsuło - np. taka sytuacja, jak ta z panią od religii. I że uważam, że to ja jestem ew. adresatem takich pytań (jeśli już w ogóle kogoś powinno to interesować), a nie moje dziecko, bez mojej wiedzy.
Po południu zadzwoniła nauczycielka od religii.
Z przeprosinami :)

List przytaczam za Gazetą Wyborczą

czwartek, 24 września 2009

Gej i inni

Klasa I, szkoła podstawowa.
- Mamo, co to jest 'gej'?
Wyjaśniam.
- A dlaczego pytasz, Jasiu?
- Bo Marcin do nas mówi "Ty geju"
Rozmowa w szkole z wychowawczynią. Monolog raczej - wychowawczyni patrzy na mnie i milczy.

Klasa II, szkoła podstawowa.
Gej awansował na pedała. Obaj weszli na dobre do obiegu klasowych obelg.

Klasa III, szkoła podstawowa.
- Mamo, a kto to jest 'Żyd'?
- A dlaczego pytasz Jasiu?
- Bo Marcin...

***

Wizyta w szkole. Rozmowy z jedną z napotkanych klasowych matek, wychowawczynią, panią od religii
Matka: "A Tobie to przeszkadza? Mnie wcale".
Podpowiadam: może porozmawiać z dziećmi, uświadomić, że Pan Jezus też był Żydem. I Matka Boska. I Apostołowie...
Wychowawczyni:
"O nie, nie, ja tam dzieciom TAKICH RZECZY mówić nie będę!"
Pani od religii milczy. Kiwa głową. W końcu pyta: "A Jasiowi podoba się na etyce?"


Klasa IV, szkoła podstawowa.
Problem się "skończył". Przeniosłam Jasia do innej szkoły.

*****

Postscriptum

Dziś usłyszałam w wiadomościach: w jednej z angielskich szkół pewien chłopiec "strzelał" (składając rękę w kształt pistoletu) do swojego kolegi - nota bene Polaka - z okrzykiem "strzelamy do Niemców". Dostał wpis naganny do akt, które będą wędrować wraz z nim do kolejnych szkół i musiał publicznie kolegę przeprosić. Za rasistowskie zachowanie.
Odległość z Warszawy do Londynu to 1700 kilometrów. Z pewnością są to "kilometry świetlne".

środa, 23 września 2009

Między Polakiem a obywatelem

Dziś w radiu TOK fm dyskusja o tym, jak uczyć dzieci (i młodzież) bycia obywatelami...
Zaglądam do podręcznika mojego syna "Historia i społeczeństwo" - klasa IV podstawówki. Książka niezbyt gruba, kilkadziesiąt rozdziałów. Jeden, gdzieś w środku - poświęcony społeczeństwu (byciu członkiem społeczeństwa), pozostałe - polskości i byciu Polakiem. To co jest ważniejsze?
A co z tymi, co nie są Polakami? A są obywatelami?
Z Romami, Ormianami, Żydami?
Tak, jakby ich tu w ogóle nie było.
Jaś chodził do przedszkola z dziećmi ormiańskimi. One dziś też są w jakiejś IV klasie jakiejś "polskiej" szkoły (ogromnie żałuję, że nie w klasie Jasia, chciałabym, aby jego świat był większy i bogatszy). Próbuję wyobrazić sobie, jak się czują na tych lekcjach? Co myślą o nich ich koledzy z klasy? Czy w ogóle o tym się na lekcjach rozmawia?

Dopóki nie odwrócimy tej hierarchii, nie uznamy, że bycie dobrym obywatelem jest nadrzędne wobec bycia Polakiem, Ormianinem, Romem, Żydem, stać będziemy w miejscu. W tym ciasnym miejscu.